czwartek, 14 kwietnia 2016

1



            Dedykacja: dla wszystkich zbłąkanych łodzi.
           
 das Bordbuch – niem. dziennik pokładowy [p - z - o - myłka przeciwnika]






            Kołysanie: znośne; nie sztorm i nie flauta.

Retrospekcja: wczoraj wróciłam do domu stosunkowo wcześnie, po dwóch piwach, dobre na sen; myślę sobie – położę się wcześniej, wstanę wcześniej. Dobrze.

Dziś rano obudziłam się około dziesiątej. I już, pół dnia nie ma. (Trzy minuty myślenia nad znakiem przestankowym. Chciałam postawić myślnik, ale między już i pół nie ma absolutnie żadnej myśli. Tam powinien być wykrzyknik, ale wykrzyknik nie zapewnia oddechu westchnienia. Został staroświecki przecinek. Interpunkcja znów wzięła nade mną górę.) Jednak udało mi się zebrać siebie i zebrać książki. Poszłam pracować do biblioteki.

W bibliotece mały pokoik jak cela klasztorna – i znowu myśli o zakonie. Świszczą mi w uszach. Ale To chyba byłoby jednak uciekanie. Tak jakbym do tej pory od nikogo i znikąd nie uciekała.
Czytałam Goszczyńskiego. Bardzo podobał mi się „Zamek kaniowski”. Dużo myśli. Szaleństwo. Przechodzenie z jednej opowieści w drugą. Brak ciągłości. Na końcu wszystko się wyjaśnia, wszystko jest wiadome. To jak w życiu. Tylko żeby tego Szaleństwa było mniej. Prosimy Cię, Panie.

Na placu Wszystkich Świętych widziałam kobietę. Starą. Grubą. Zaniedbaną. Jarała szluga, żółtą dłonią przytrzymywała go przy żółtych ustach. Cała była żółcią. Żółć się z niej wylewała i wlewała. Pomyślałam – to ja za czterdzieści lat. Dlaczego? 

Dużo Różewicza po powrocie z zajęć. Rozmawiam z nim długo. Nic nie mówię. Piszę o jego wierszach, a nie mam o nich pojęcia. I jestem zielona. Jak róża.
To są jakieś zimne lapidaria.

Gdzieś tam rozmowy jakieś. Nieważne. Zbędę. Ale podniecające, fascynujące, więcej, więcej, więcej.
W tle – „Kordian” i Zygmunt. Trzeba napisać pracę. Nie ma czasu. Mamy czas. Jeszcze będzie czas.  Mnogość możliwości. Wybieram sen.

Cały dzień słucham Rammsteina. To mi wraca, jak niedoleczona angina. Dlaczego po niemiecku rymy brzmią dostojnie? Po polsku – jak tętent oszalałego, ale znudzonego konia zgonionego do orania pola. A to Polska właśnie (?).

Mówię to do siebie. W ciszy i pokorze. Jak dobrze – być sama ze sobą. Jak źle.